9 maja 2017

Wspinaczka na wulkan na wyspie Stromboli

Wspinaczka na wulkan na wyspie Stromboli to było moje marzenie od zawsze.
W rzeczywistości nie ma słów by to wszystko opisać.
Nie ma wielu miejsc na tym świecie, gdzie można wspinać się na aktywny wulkan w nocy i zobaczyć aktywną erupcję w bezpieczny sposób.
Na wyspach Liparyjskich jest to wszystko możliwe.


Są takie przygody, które są bezcenne, które będziemy pamiętać do końca naszego życia.
Dla mnie taką przygodą była wspinaczka na Stromboli.
Nie wiem czy przez trud, który włożyłam. W każdym bądź razie zawsze będzie należeć do moich najlepszych przygód, i mam ogromną nadzieję, że będę miała jeszcze kiedyś okazję to powtórzyć.

Stromboli to jedna wysp Liparyjskich. Niewielka wyspa, a zarazem czynny wulkan. 
Znajduje się na Morzu Tyrreńskim, w odległości nieco ponad 100 km od Sycylii. 
W podobnej odległości leży kontynentalna część południowych Włoch – Messyna i Tropea. Stromboli należy do archipelagu Wysp Liparyjskich.





Spedzamy trochę czasu w miasteczku, zanim zaczynamy się wspinać do położonego na wyspie wulkanu.
W końcu, około godziny 17.00, zaczynamy nasza wspianaczkę, gdy gorące słońce sycylijskiego lipca zaczęło trochę ustępować.
Wspinaczka zaczyna się w miasteczku, na placu przed kościółkiem.
Pierwszy odcinek wydaje się prosty. Ścieżka jest szeroka i łagodnie pnie się w górę.
Jednak już po jakichś 20 minutach zmienia się teren.

Zostawiamy za sobą białe miasto, czarne i piaszczyste plaże.


Na początku spacer wśród kaparów i bujnej roślinności, później droga staje się stromsza, a roślinność zastępują skały zasypane szarym piaskiem wulkanicznym.
Z każdym krokiem idzie się coraz trudniej, dopingują nam tylko widoki.
Do tej pory, gdy wspominamy z mężem wspinaczkę na Stromboli, mąż śmieje się ze mnie i  wypowiada moje słowa"Non ce la faccio, non ce la faccio"(nie podołam, nie podołam).
Muszę przyznać, że bałam się. Bo ja naprawdę myślałam, że nie podołam.



Późne popołudnie, prawie wieczór a słońce płonęło nad naszymi głowami. Zero chmur na niebie.
Szlak na Stromboli to liczne serpentyny, jedna po drugiej zaokrąglone na zakręcie.
Krok za krokiem, równym tempem pokonaliśmy każdą serpentynę, coraz wyżej i wyżej.
Miałam wrażenie, że ktoś mnie oszukał, że tego wulkanu po prostu nie da się zdobyć. Po dwóch godzinach wydaje mi się, że idę co najmniej dzień. Po kolejnych trzech nie wiem jak mam na imię. Duża wilgotność powietrza powoduje wzmożone pocenie się.
Ostatnie kilkadziesiąt metrów nie jest łatwo. 

W czasie całej trasy na szczyt zmieniłam aż pięć t-shirtów. Tak się spociłam.
W miarę częste przerwy pomagały mi przetrwać zmęczenie. Przerwy są co 30 - 40 minut na 10 minut, w sumie cztery godziny wędrówki na szczyt.
Planem przewodnika było dotarcie na szczyt przed zachodem słońca.

Wchodząc na szczyt wulkanu, siadłam od razu, nogi mi się uginały.
Ze strachu, zmęczenia, wrażenia? Sama w sumie nie wiem, chyba ze wszystkiego po trochu.
Miałam wrażenie, że serce mi wyskoczy z piersi.
Do dziś nie wierzę, że mi się udało! Myślałam, że nie podołam.
Bardzo chciałam zmierzyć się z tym wulkanem. Wiedziałam, że nie jest łatwy do zdobycia, szczególnie latem.




Byliśmy pierwszą grupą, która przybyła do trzech kraterów, tuż przed zachodem słońca i mieliśmy mnóstwo czasu na ich obserwowanie.
Chmury dymu stale wyłaniały się z kraterów. Robiły dziwne drżące dźwięki, złowieszcze ostrzeżenia.
W głowie myślisz, że czekanie na erupcję wulkanu, który wybucha tak blisko, jest trochę szalone, ale właśnie po to był ten trud. Szansa podziwiać wulkan, który pokazuje w pełni swoją moc.
Trudno jest sobie wyobrazić, jak daleko znajdujemy się od wulkanu, gdy jest zupełnie ciemno.
Widok sprawia, że zmęczenie schodzi na dalszy plan.

I stało się, nastąpił pierwszy wybuch.
W końcu dostaliśmy to, na co czekaliśmy, kiedy największy krater wybuchł w rozbłysku pomarańczy i czerwieni, pojawiły się iskry niczym fajerwerki.
Cieszyłam się jak dziecko. 

Podziwiałam z radością kolejną erupcję. A było ich wiele.
Małe wybuchy wystąpiły seryjnie, co kilkanaście minut. Podczas tych wybuchów, można było obserwować wydobywające się z wnętrza wulkanu strugi dymu, popiołu, żaru oraz małe bomby wulkaniczne. Połączenie z wybuchów lawy i towarzyszących im dźwięków tworzy nieziemski spektakl.






Z chęcią pozostalibyśmy na szczycie całą noc, ale nadszedł czas, że trzeba było zejść na dół i wrócić do hotelu.
Schodziliśmy w ciemnościach po stromym zboczu, każdy z latarką w ręce oświetlając sobie drogę. 

Wszędzie ciemno, więc latarki są niezbędne aby bezpiecznie zejść na dół.
Coś, co nie jest łatwo opisać.
Przewodnik nam powiedział, że lepiej schodzić w ciemnościach, bo nie widzisz przepaści, koło, której idziesz. Czy prawda ? Nie wiem, wierzę mu na słowo.
Podróż powrotna trwała dłużej niż myślałam.
Dostaliśmy maski na twarz - i nie bez powodu. Ilość pyłu i popiołu, utrudnia oddychanie.
Wracaliśmy inną trasą niż ta, którą się wspinaliśmy. 

Wszędzie piach i pył wulkaniczny. Grzęźliśmy w nim po same łydki.
Teraz rozumiem dlaczego przewodnicy wymagają buty trekingowe za kostkę. Ale i tak są pełne piachu.
W połowie drogi zatrzymaliśmy się na krótki przystanek, na ściągnięcie kurtki, którą ubraliśmy wcześniej na szczycie. Później nie można było się zatrzymywać.
Schodziliśmy w miarę szybko.
Po prawie dwóch godzinach szybkiego marszu w dół (z małą przerwą) dotarliśmy do miasteczka. Minęła godzina 24.00. 


Zapytacie czy warto ? Taki trud, po co ?
A ja zawsze Wam odpowiem: jak najbardziej!
Wrócę jeszcze kiedyś, ale na pewno w innej porze roku.
Jak wyglądał mój spacer, możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach.






















Przerwa na moment

 





 
 
Warto wiedzieć!
Wspinanie  na Stromboli, dozwolone jest tylko w towarzystwie licencjonowanego przewodnika Wulkan Stromboli jest obszarem rezerwatów przyrody.
My skorzystaliśmy z usług Magmatrek, wzbudzali nasze zaufanie.
Wspinaczka kosztowała nas 25 euro na osobę.
Pierwsza rzecz, która trzeba zrobić po dotarciu na wyspę, to udać się biura, żeby się zameldować, gdzie przewodnik sprawdza, czy masz prawidłowy sprzęt do wspinaczki.  
Od przewodnika dostaje się hełm i maskę.   
Obowiązkowo trzeba mieć ze sobą buty trekingowe za kostkę i latarkę
Warto wziąć ze sobą małe przekąski, wodę (co najmniej 1,5 litra na osobę), ciepłą bluzę lub kurtkę (zimno na górze), a także na zmiany t-shirty. Ich strona mówi o trzech, ja wzięłam 5 i wszystkie wykorzystałam. 
Jeśli nie posiadasz własnych butów trekingowych, możesz wypożyczyć sprzęt w sklepikach w mieście. Jest ich kilka w miasteczku. 
W naszej grupie było prawie 20 osób, więc nie było to doświadczenie intymne.  Byliśmy jednak zadowoleni z obsługi i wspięłabym się z nimi ponownie. 
Czas wspinaczki zależy od sezonu. Można się wspinać nad ranem. 
My wybraliśmy wspinaczkę wieczorną. Tylko wtedy widać czerwony kolor lawy.
Jest to bardzo strome wzniesienie, więc musisz być w bardzo dobrej kondycji.  
Nie polecam wspinaczki w lipcu czy sierpniu. Jestem osobą, która ma bardzo dobrą kondycję fizyczną, chwilami myślałam, że przez upał i duchotę nie podołam. Upał daje w kość. 
W grupie jest zawsze dwóch przewodników, jeden na przodzie, drugi na tyle. 
Dwóch jeśli, ktoś myśli nie dać rady, drugi przewodnik może w ten sposób wrócić z drugą osobą. 


Spodobało się ? Podaj dalej!

Polecam również:

Panarea - mały klejnot Wysp Liparyjskich
Wyspy Liparyjskie - czy warto i jak się tam dostać ?
Wyspa Vulcano


Zapraszam do dołączenia mojej grupy facebookowej - Włochy po mojemu ;-)

Zapraszam do polubienia mnie na Facebooku lub google+, dziękuję za odwiedziny :-)

4 komentarze:

  1. WOW! wulkany to jedno ze zjawisk jakie budzą we mnie grozę... ale wspięłabym się na jkiś, kocham góry to i może wulkan bym pokochała w jakimś sensie :) piękne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Super jest ten wulkan, nigdy nie byłem, ale czuję się zachęcony do wpisania go na listę rzeczy do zobaczenia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem pod wrażenie i podziwiam :) Wspaniała podróż i niezapomniana przygoda :) Świetna relacja i fantastyczne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wulkan robi furorę. W Polsce trudno o żywioł, który występuje z taką siłą, a jednocześnie jest to miejsce bardzo turystyczne. Na pewno przebywanie tam w obliczy tego ognia było niesamowitym doświadczeniem uczącym respektu do natury.

    Szczególnie, że jak sama piszesz okupiłaś to niebywały trudem wspinaczki. Brawo! Oby więcej takich wyzwań.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedzenie mojego bloga.
Cieszę się, że tu jesteś :-)
Jeszcze bardziej się ucieszę, jeśli zostawiasz ślad po sobie.